Na skróty:

Temat: Opis podróży

Podróże: Wenezuela


Rozwiń / Ukryj wszystkie komentarze
szkot pisze w relacji: Zaginiony świat Roraimy
aktualizowano: 2009-06-05

Wyruszyłem z Bogoty i przejechałem granicę kolumbijsko - wenezuelską w Cúcuta. Po trzech dniach i dwóch nocach podróży dotarłem do Ciudad Bolivar, gdzie zatrzymałem się na noc. Spałem jak zabity pomimo, że zazwyczaj nie wysypiam się w hamaku. Zachód słońca był przepiękny nad rzeką Orinoko, z ogromnym mostem Angostura w oddali. Już o 5 rano następnego dnia byłem w drodze do Gran Sabana, prastarego płaskowyżu na południowym wschodzie Wenezueli. Autobus piął się krętą drogą otoczoną gęstą roślinnością aż do momentu, kiedy nagle przyśpieszył na prostej i płaskiej drodze. Otworzyła się przed nami zupełnie nowa panorama. Gdy tylko wjechaliśmy na płaskowyż, w miejsce lasu pojawiły sie trawiaste stepy, a w oddali widoczne były skaliste góry "stołowe", zwane tepui. Krajobraz był urzekający, szczególnie jeśli zdamy sobie sprawę z tego, że to jedne z najstarszych gór na świecie.

Co prawda do granicy z Brazylią brakowało jeszcze 200km, a już zaczęły się kontrole dokumentów. Kulminacją była rewizja bagażu w San Ignacio. Musiałem wysiągnąć absolutnie wszystko z plecaka, każdy drobiazg był analizowany przez kilku wyrostków w mundurach, którzy podobno szukali narkotyków. Złość na mojej twarzy i pytania takie jak "dlaczego nie macie psa?" wyraźnie ich denerwowały. Patrzałem z ironicznym uśmiechem na twarzy jak wąchają puste reklamówki, które znaleźli schowane w kieszonce. Nie wiem czy ma to coś wspólnego z polityką populistycznego i antyamerykańskiego prezydenta Hugo Chaveza, ale wszyscy poznani globtroterzy mówili to samo. Wenezuela to nieprzyjemny kraj a niektórzy ludzie patrzą tak jakby chcieli zabić. Propaganda o imperializmie robi swoje. Na każdym kroku zdjęcia Chaveza, a hasła takie jak "ojczyzna, socjalizm albo śmierć" nie należą do rzadkości.

WYPRAWA NA RORAIMĘ

Najwyższym tepui Gran Sabany jest Roraima 2807m i właśnie tam postanowiłem się wybrać wraz z poznaną w autobusie Belgijką Katherine. Zrobiliśmy listę i poszliśmy na zakupy. Tu znów spotkała nas socjalistyczna niespodzianka. Mianowicie w mieście brakowało mięsa, jajek i mąki, a więc także chleba. Było to rezultatem kontroli cen, która miała chronić naród przed zachłannymi sklepikarzami, którzy bez powodu podnoszą ceny. W efekcie skonfiskowano towar sprzedawany drożej niż cena ustawowa i w mieście zabrakło podstawowych produktów żywnościowych. Kto mógł, jechał na zakupy do pobliskiej Brazylii, a my woleliśmy kupić drogie bułki zamiast chleba i obejść się bez jajek.

Mniej niespodziewanym problemem było to, że na Roraimie obowiązkowy jest przewodnik. Wiedzieliśmy o tym z książki, ale jak przystało na prawdziwych globtroterów, nie daliśmy się. Pojechaliśmy zwykłym autobusem do miejsca, gdzie szutrowa droga odbija w stronę wioski Paraitepui i poszliśmy na piechotę w nadziei, że jakiś przejeżdżający samochód nas podrzuci. Mieliśmy już za sobą 10km marszu w upalny dzień a przed sobą kolejne 20, kiedy wreszcie usłyszeliśmy zbliżający się samochód. Po chwili negocjowaliśmy cenę, a pół godziny później byliśmy na miejscu.

Kiedy pojawiła się grupa z przewodnikiem, zapłaciliśmy mu aby wejść razem do Parku Narodowego i w razie pytań powołać się na niego. Warto było, bo takie pytania pojawiały się często na nasz widok. Rozpoczęliśmy długi, monotonny marsz w stronę widocznych w oddali pionowych skał Roraimy. Droga była wygodna, ale dzień bardzo gorący. Przejście przez rzekę Tec wymagało ściągnięcia butów, ale rzekę Kukenan udało mi się pokonać w tradycyjny sposób, czyli skacząc po głazach. Za rzeką znajdowało się pole namiotowe i zasłużony odpoczynek. Bardzo szybko został jednak zakłócony przez legendarne muszki puri puri. Te małe bestie okazały się tak dokuczliwe, że z czułością wspominałem nasze poczciwe komary, nawet te z bagien biebrzańskich!

W nocy jednak zniknęły, i mogliśmy bezpiecznie zażyć kąpieli w rzece przy pełni księżyca. To znaczy ja mogłem zażyć bezpiecznej kąpieli, bo Katherine zobaczyła kraby, które miały jakoby wielkie szczypce. Miałem z tego powodu niezły ubaw, ale na koniec "nasz" przewodnik, Alex, potwierdził istnienie owych krabów.

Następnego dnia droga zaczęła piąć się w górę, nadciągnęły chmury i rozpadało się na dobre. Dotarliśmy do Campo Baso, gdzie nasza grupa pozostała na noc. My postanowiliśmy kontynuować na szczyt. Stroma ścieżka prowadziła pod same skały schowane w chmurach. Kiedy przejaśniło się na chwilę, zobaczyliśmy potężną, kilometrową ścianę skalną piętrzącą się nad naszymi głowami. Szliśmy uparcie w deszczu pod górę nic nie mówiąc. Byliśmy mokrzy i cholernie zmęczeni, a do tego robiło się późno. W pewnym momencie weszliśmy na płaskie skały i przed naszymi oczami pojawił się zupełnie nowy widok. To był szczyt Roraimy! Ciemne skały o różnych kształtach, rośliny których nigdy wcześniej nie widziałem i mnóstwo jeziorek wypełniających niecki w skałach.

Nie było czasu na odpoczynek, robiło się ciemno a my mieliśmy przed sobą labirynt skał. Udało nam się odnaleźć obozowisko, które opisał Alex, ale tylko dzięki temu, że stały tam już namioty. Było ono usytuowane na skalnej półce i z dołu wyglądało jak jaskinia. Musieliśmy odnaleźć inne, podobne miejsce na skałach opodal. Było już prawie ciemno, ale udało się! Nasz "dom" okazał się bardzo wygodny i suchy, co poprawiło nam humory popsute deszczem i 12 godzinną wędrówką.

Pierwszy dzień na szczycie rozpoczęliśmy od rozpoznania terenu. Rzeczywiście łatwo się tam zgubić. Wszystkie skały wyglądają tak samo, a gdy nadeszła mgła, nawet ich nie było widać. Poszliśmy ledwo widoczną ścieżką na północ, do krańca góry. Chmury popsuły nam widoki, ale za to sprawiły, że miejsce było jeszcze bardziej mistyczne i tajemnicze. Kiedyś uważano, że na szczycie Roraimy żyją dinozaury i inne prehistoryczne zwierzęta, bo są to jedne z najstarszych gór na naszej planecie. Oprócz tego szczyty tepui są odizolowane od świata przez kilkusetmetrowe ściany skał. Roraima jest jednym z nielicznych tepui dostępnych bez sprzętu wspinaczkowego. Samo dotarcie do podnóża ogromnej większości tepui stanowi ogromne wyzwanie, bo gęsty las porastający zbocza jest trudny do przebycia i pełny jadowitych węży.

Po południu wybraliśmy się na najwyższy punkt Roraimy, Maverick 2810mnpm. Widoki z krańca skał na zielone połacie Gran Sabany i pobliski Kukenan Tepui były wspaniałe. Na mniejszą skalę, interesująca jest fauna i flora Roraimy. Małe, czarne, prymitywne żabki czy wiele roślin nie występuje nigdzie indziej na Ziemi. Zidentyfikowano 2000 gatunków roślin, z których połowa jest endemiczna! Z tego tylko jedna, o nazwie Estegalopis, jest jadalna. To właśnie skały i rośliny sprawiają, ze krajobraz Roraimy jest tak niepowtarzalny, dziki i surowy.

Kolejnego dnia przyłączyliśmy się do grupy i razem poszliśmy ścieżką usłaną kwarcowymi kryształami do jeziorka o nazwie Jacuzzi. Stamtąd było już niedaleko do krańca skał i miejsca zwanego La Ventana (czyli Okno), skąd rozpościerał się fantastyczny widok na pionowe skały Kukenan Tepui i ciemną zieleń dżungli poniżej. Niestety, po chwili chmury przesłoniły widok. Kiedy grupa już odchodziła, wszedłem dla sportu na 10 metrową skałę. Kiedy zszedłem, chmury nagle zniknęły, a my z Katherine rozkoszowaliśmy się niezapomnianymi widokami.

Po obiedzie poszliśmy razem z grupą na południe, gdzie teren jest o wiele trudniejszy. Skały i głębokie kaniony nie pozwalają spacerować byle gdzie. Po dwóch godzinach marszu dotarliśmy do bardzo głębokiej szczeliny, w której żyją tysiące ptaków Guacharo. Wysiadują jajka parami, zmieniając się co jakiś czas, i hałasując przy tym niesamowicie. W drodze powrotnej weszliśmy we trzech do jaskini Guacharo. Na jej przejście potrzeba 7 godzin, nie wspomnę o specjalistycznym sprzęcie. Przeszliśmy tylko kilkadziesiąt metrów, czasami z trudem czołgając się przez wąskie otwory. Wyłoniliśmy się z otchłani brudni i spoceni, ale zadowoleni z nowych przeżyć.

A skąd się wzięła nazwa "Roraima"? Jedni mówią, że oznacza "matkę wszystkich wód", bo rzeki trzech krajów (Wenezueli, Gujany i Brazylii) mają tam swój początek. Inni twierdzą, że chodzi o kolor niebiesko-zielony, ponieważ kiedy Indianie pierwszy raz weszli na Roraimę, nie byli przygotowani na zimno. Jeden z nich zamarzł, a jego ciało było sine.

Następnego dnia znów świeciło słońce. Zrobiliśmy ostatnią serię zdjęć, spakowaliśmy plecaki i wyruszyliśmy z powrotem do "zwykłego" świata. Wszyscy oprócz nas odwiedzają Roraimę w ramach wycieczki, więc mają przewodnika, transport i jedzenie. Naszym problemem był tylko transport. Alex powiedział nam, że następnego dnia jest targ w Santa Elena i komunalny dżip wiezie ludzi do miasta. Należało tylko dotrzeć do Paraitepui. Szło nam dobrze aż do momentu, kiedy zrobiło się ciemno. Musieliśmy przez pomyłkę skręcić w niewłaściwą ścieżkę, bo zamiast iść pod górę, zeszliśmy w dół i przeszliśmy przez dwie rzeki. Wiedziałem, że byliśmy blisko, ale po trzynastu godzinach marszu nie mieliśmy ochoty na dodatkowe przygody. Znów szliśmy w milczeniu i niepewności. Szczęśliwie po wejściu na jakiś pagórek zobaczyliśmy światła Paraitepui, a niedługo później rozbijaliśmy tam namiot. Następnego dnia byliśmy w Santa Elena, gdzie czekał prysznic i smakołyki takie jak warzywa, owoce i mięso.

Komentuj

Czytaj również